fbpx

Mydło ociekające krwią, czyli Vampire: The Masquerade – Bloodlines

Są pewne gry, które długo czekają, aż w nie zagram. A gdy wreszcie się za nie zabiorę, walą mnie emocjami jak ciężarówka. Jedną z nich jest Vampire: The Masquerade – Bloodlines.

Jeśli chodzi o gry, mam swego rodzaju dziwaczną intuicję. Z jednej strony chciałabym zagrać już! Teraz! Natychmiast! A z drugiej, coś mówi mi, że powinnam poczekać na właściwy moment. Tak było z Transistorem, niesamowitą grą studia Supergiant Games (na pewno kiedyś zabiorę się za Transistorowe mydło), pełnym trudnych wyborów Life is Strange od DONTNOD czy This War of Mine autorstwa genialnego polskiego studia 11 bit studios… A także z Bloodlines.

Zdjęcie z gry Vampire The Masquerade Bloodlines, przedstawiające Ocean House Hotel
Najbardziej niepokojąca i przerażająca lokacja… Ocean House Hotel.
Źródło: mobygames.com

Długa droga do Bloodlines

O istnieniu systemu RPG Vampire: The Masquerade wiedziałam od dawna, ale jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do poznawania go głębiej, niż absolutne podstawy. Lubiłam wampiry, nie powiem, że nie. W gimnazjum pochłaniałam książki Anne Rice, uwielbiam Drakulę Brama Stokera, a Regis z Wiedźmina jest moją absolutnie ulubioną postacią w całej Sadze. Jednak Wampir przeleciał mi gdzieś nad świadomością i dopiero wiele lat później odkryłam, jak bardzo fascynujący jest Świat Mroku.

Choć możliwość zagrania w Bloodlines miałam już w okolicach premiery w 2004 roku, nawet nie ruszyłam płyt, które dostałam od przyjaciółki. Te kilka CeDeków odnalazłam niedawno podczas porządków, choć nie sądzę, aby jeszcze działały. To jednak pewna pamiątka, której aż szkoda się pozbywać.

Maskarada przewijała się w moim życiu przez następne lata, cały czas gdzieś w tle. A to ktoś znajomy grał, a to usłyszałam o planowanym MMO. VTMB wciąż jednak na mnie czekało, aż któregoś wieczora stwierdziłam, że to ten moment. Kupiłam, zainstalowałam i nie odstraszyły mnie nawet dziwaczne błędy, wyskakujące przy próbie uruchomienia. Nie było to nic, z czym nie poradziłby sobie Unofficial Patch, więc już chwilę później nastąpił mój koniec… Przepadłam.

Postać Tremere z gry Vampire The Masquerade Bloodlines
Przepiękna bohaterka Tremere, autorstwa Barazoku

Wciągnięta od pierwszych sekund

Już menu główne sprawiło, że ciarki przeszły mi po plecach. Nie wiedziałam w zasadzie nic o systemie Vampire: The Masquerade, więc wybór wampirzego klanu powierzyłam systemowemu testowi i pierwszy wynik był idealny.

Tremere.

Klan znienawidzony przez inne wampiry, a dla mnie spełnienie marzeń. Klan wampirzych magów, uczonych, wprawdzie zhierarchizowany do bólu, ale nie miało to znaczenia. Z miejsca zakochałam się w mojej bohaterce i mocach Tremere. Choć nie rozumiałam w zasadzie nic z karty postaci, bez wahania rozpoczęłam rozgrywkę…

Około 30 godzin później, z wypiekami na twarzy i pewnym niedowierzaniem patrzyłam na napisy końcowe. „To już?”, pytałam twórców, których nazwiska przesuwały się powoli przed moimi oczami. „To koniec? Nie ma już więcej? Pragnę więcej!”

Jak wampir na krwawym odwyku wiedziałam, że jak nie dostanę kolejnej działki to będzie źle. Albo zawładnie mną wewnętrzna Bestia, albo padnę i nie powstanę dopóki nie dostanę więcej Wampira. Nie czekałam długo z rozpoczęciem mojego drugiego podejścia do Bloodlines, tym razem jako przedstawicielka szalonego klanu Malkavian.

Po kolejnych 30 godzinach (no, może trochę mniej, drugie przejście było jednak łatwiejsze, gdy nie musiałam błądzić po omacku w niektórych lokacjach) stwierdziłam, że nie ma lepszej gry na świecie. Po prostu nie ma i już.

Meme Vampire The Masquerade Bloodlines
Ja nigdy nie odinstalowałam.

Laurka dla Wampira

Vampire: The Masquerade – Bloodlines uderza w dokładnie te struny mojej duszy, które powodują szybsze bicie mojego wampirzego serca. Jasne, jest to gra sprzed 16 lat, ale nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. Od muzyki (KOCHAM), przez niesamowicie wyraziste twarze całej plejady niezapomnianych i świetnie napisanych postaci niezależnych, ukryte niemal na każdym kroku smaczki dla uważnych, a na niesamowitej, gęstej atmosferze i fabule kończąc – VTMB to mój ideał, który pokochałam od pierwszych sekund. I nie zamierzam przestać kochać.

W Bloodlines zagrałam niezliczoną ilość razy, wszystkimi klanami. Plus kilkoma dodatkowymi, gdyż scena moderska jest wciąż bardzo aktywna, pomimo tylu lat od premiery gry. Sprawdziłam wszystkie zakończenia, pobawiłam się klanami niedostępnymi w podstawowej edycji gry w Antitribu Mod, przetrwałam rozgrywkę jako sojusznik „tych złych” wampirzego świata w modzie Clan Quest (choć było ciężko… Nie lubię grać złolami), sprawdziłam Camarilla Edition… I wciąż miałam mało.

Choć znam tę grę niemalże na pamięć, wciąż nie mam jej dość i regularnie, co parę miesięcy, powracam do Los Angeles, aby raz jeszcze zostać dziewczynką na posyłki księcia LaCroix, drżeć ze strachu w nawiedzonym hotelu, wsłuchiwać się w aksamitny głos Michaela Gougha, który podkłada głos wampirzemu archeologowi Beckettowi (i Deckardowi Cainowi w serii Diablo… Widać pasuje do mędrców i poszukiwaczy wiedzy) i ostatecznie po raz kolejny otworzyć ten cholerny sarkofag.

W międzyczasie poznałamŚwiat Mroku, zagłębiłam się w podręczniki i klanowe powieści, a także z sercem w gardle siedziałam do 4 nad ranem, śledząc stream, na którym miała zostać ogłoszona druga część. A gdy zgasły światła i na ekranie pojawiła się zapowiedź… Mogłam uronić parę łez radości. I wcale się tego nie wstydzę!

Choć z moją chorobą gracza mogę mieć problem, by zagrać w Bloodlines 2, zrobię wszystko, aby znów zagłębić się w zdigitalizowany świat wampirów, wilkołaków i innych stworzeń, które zamieszkują Świat Mroku. Może nawet sequel okaże się lepszy od oryginału..? Czas pokaże. A tymczasem, choć mogłabym zachwycać się VTMB przez długie godziny (wierzcie mi, powstrzymywałam się!), czas przejść do mydła!

Widok z posiadłości Alistaire Grout z gry Vampire The Masquerade Bloodlines
Przypominam, że to gra z 2004 roku!
Źródło: Mini Lev

Mydlane niepowodzenie… Czy na pewno?

Powiem od razu – to nie jest to, co sobie zaplanowałam. Wyszło lepiej, niż się spodziewałam, ale i tak – to nie jest ostateczna forma tego mydła! Będzie lepiej, obiecuję i sobie, i Wam (dlatego nie mówię, co planowałam, będzie niespodzianka). Mam BARDZO konkretną wizję, którą zamierzam zrealizować… Jak tylko zapachy będą grzeczne i nie będą zagęszczać mi mydła w sekundy.

Dosłownie sekundy.

Wszystko szło bardzo gładko, udało mi się trafić w idealny moment pomiędzy emulsją, a lekkim zgęstnieniem masy, kolory wmieszały się świetnie, wszystko wyglądało na to, że będzie sukces… Już widziałam oczami wyobraźni, jak kroję to, co sobie wymarzyłam

A potem stało się mydło na patyku.

Miałam już swoje doświadczenia z szybko gęstniejącym mydłem. Myślałam, że Bez i agrest był szybki… Potem, że to morska bryza jest najgorsza. Dopóki nie poznałam się z czarną lilią.

Chcecie usłyszeć fraszkę?

Lilio, lilio, ty ch…

Khem.

Przepraszam, poniosło mnie. Ale ten zapach wywołuje we mnie aż tak skrajne emocje, że nie mogę powstrzymać swojej nienawiści.

A mogłam jej nie dodawać. Wanilię, czarny pieprz i sandałowiec miałam już przetestowane, wiedziałam, że będą się zachowywać. I coś mnie podkusiło, żeby dodać jeszcze odrobinę (dosłownie odrobinę!) czarnej lilii. Bo tak ładnie pachniała w butelce. Pasowałaby przecież. No to mam swoją lilię i mydło na patyku.

Efekt był natychmiastowy. Zdążyłam ledwo machnąć parę razy szpatułką, a mydło postanowiło przybrać formę stałą. Z konsystencji rzadkiego kisielu przeszło w twarde masło. A ja spanikowałam.

Ręcznie robione mydło z motywem krwi i ankh

Nie wiedziałam, co robić

Ratować? Próbować wymieszać, a nuż się od-stali? Przełożyć do foremki i próbować zrealizować mój plan mimo wszystko? Wiedziałam, że nie ma szans, że nic się już z tym nie da zrobić… A jednak postanowiłam spróbować. Wrzuciłam czerwoną część, która z założenia miała nie mieć zapachu, do czarnej katastrofy, przemieszałam na ile się dało, pacnęłam do foremki, uklepałam byle jak…

I co teraz?

Gorączkowo zbierałam myśli. Co zrobić z tym czymś, co mam w formie? Było gorące, więc w przypływie rozsądku postanowiłam wystawić je na zimny korytarz. Bałam się, że jeśli zwyczajowo postawiłabym na kaloryferze, ryzykowałabym przegrzanie i mydlany wulkan. Choć nie bardzo wiem, co by tam miało wybuchnąć, gdy mydło było w zasadzie stałe… Ale wolałam nie ryzykować.

Następny krok – próba nr 2

Postanowiłam nie tracić czasu. Pierwsza partia zdążyła troszkę ostygnąć i stwardnieć do końca (w ciągu góra pół godziny!), więc miałam pewną bazę do działania – wolną foremkę. Szybko umyłam sprzęt, rozpuściłam nowe porcje tłuszczy i sody kaustycznej, ukręciłam nowy zapach (o ja naiwna…) i uznałam, że do dwóch razy sztuka. Albo i nie, jak się zaraz przekonacie.

Rozpuszczanie, mieszanie, wszystko szło gładko. Twarde pierwsze mydło odpoczywało z boku, a ja byłam zdeterminowana, że tym razem mi się uda. Lawenda – znam, jest grzeczna. Paczuli? Też nie przyspiesza, można użyć… I geranium. Mój wyrzut sumienia, który od dawna stał na szafce i błagał wręcz o wykorzystanie. Więc znalazłam na eocalc.com mieszankę, która miała w sobie właśnie ten zapach. I to był błąd.

Soundtrack do gry Vampire The Masquerade Bloodlines i ręcznie robione mydło z motywem krwi i ankh
Dwie wersje soundtracku – do słuchania na CD i do podziwiania na winylu 🙂

Mydło znów zgęstniało! Co robić?!

Nie aż tak ekstremalnie, jak pierwsze, ale nie było dobrze. Poszłam znów tą samą drogą, co wcześniej – do prawie-stałego czarnego dorzuciłam płynne czerwone, machnęłam parę razy szpatułką, żeby się w miarę wymieszały, pacnęłam całość do formy, na to reszta czerwonego i czarne, które zdążyłam odlać do wykorzystania w moim niecnym planie. Zdążyłam jeszcze nieco przemieszać te kolory i zrobić na wierzchu zawijasek z czerwieni żelazowej, rozpuszczonej w oleju. Udało się. Jakoś. Pozostało czekać.

Już po paru godzinach mydło nadawało się do krojenia, a i tak przeczekałam idealny moment – było nawet nieco przytwarde. Najpierw pod nóż poszła pierwsza porcja… Nawet nie wiecie, jak się tego bałam. Ostatecznie jednak… Nawet mi się spodobało! Nie zrozumcie mnie źle, wciąż mi smutno, że mój plan się nie powiódł, ale przynajmniej nie było aż tak źle, jak się spodziewałam.

Drugie mydło… Wyglądało gorzej (choć na zdjęciach tego nie widać). Nie wiem, jak to się stało. Kolory w zasadzie nie były w ogóle wymieszane, dominował czarny z małymi kawałeczkami czerwieni. Stwierdziłam jednak, że się nie poddam i spróbuję doprowadzić je do stanu używalności. Przynajmniej tę część planu mogłam zrealizować bez przeszkód.

Z oryginalnego planu pozostał tylko jeden element. Symbol ankh, używany przez jedną z wampirzych frakcji zwaną Camarilla, odcisnęłam w mydle i wypełniłam zabarwioną na krwistą czerwień bazą glicerynową. I w sumie tak mogłoby już pozostać. Chciałam jednak dodać jeszcze więcej krwistości, aby podkreślić wampirzy charakter tego mydła… Dorzuciłam więc spływającą z górnej krawędzi krew. Co sądzicie o tym zabiegu? Nie za dużo tego czerwonego?

smart

Zapach rozczarowania

Jeśli chodzi o zapachyNie były tego warte. Pierwszy, wanilia z pieprzem, sandałowcem i nieszczęsną lilią, pachnie słodko. Zbyt słodko jak na mój gust, pieprz gdzieś zniknął i dominuje zapach wanilii. Lilii w ogóle nie czuć, więc tym bardziej się nie sprawdziła.

Drugie, czyli mieszanka Blush z eocalc, jest całkiem niezłe. Dominuje paczuli i geranium, tu dla odmiany zazwyczaj mocarna lawenda się zgubiła. To męski, klasyczny zapach, w sam raz dla księcia LaCroix… 🙂

Jestem jednocześnie zawiedziona i zadowolona z tych mydeł. Zawiedziona, bo nie tak miało być, w zasadzie wszystko poszło nie tak. Zadowolona, bo i tak wyszło lepiej, niż się spodziewałam, mogło być o wiele gorzej.

Mogę jednak wyciągnąć z tej przygody dwa ważne wnioski – za wszelką cenę unikać czarnej lilii (choć pachnie wspaniale) i geranium. Chyba że nie mam nic przeciwko panicznemu przekładaniu do foremki twardniejącej w oczach masy. Nie polecam.

Co zrobić, gdy będziemy mieć bardzo gęste mydło na patyku?

Specjaliści radzą dwie rzeczy – albo przerzucić do garnka i przetopić metodą na ciepło, albo odczekać, aż proces saponifikacji się zakończy i zetrzeć na confetti. Moje było w złym stanie, ale dało się jeszcze upchnąć na siłę do foremki, ale jak już stwardnieje na kamień… W zasadzie nie ma mocnych, aby je uratować.

Najlepiej jest unikać szybko gęstniejących zapachów. Ja nie sprawdziłam opisów i musiałam przekonać się na własnej skórze, które aromaty nie chcą współpracować z mydłem na zimno. Największymi zagęszczaczami były do tej pory: czarna lilia, czarna porzeczka (testowana w mydle z solą, może w zwykłej recepturze działa dobrze, muszę przetestować), morska bryza, geranium i któryś z elementów mieszanki wiosennej w mydle ze Stardew Valley. Stawiam na kwiat mięty, ale muszę to jeszcze przetestować. Na stronach polskich dostawców materiałów do mydlenia nie ma zazwyczaj informacji o zachowaniu zapachu w mydle na zimno, ale zagraniczne, a szczególnie amerykańskie, hurtownie oferują mnóstwo informacji i rad. Nie bądźcie mną, sprawdzajcie! 🙂

Napisy końcowe

Powiedzcie, co sądzicie o tych mydłach. Podobają Wam się? Oddają wampirzego ducha? Graliście w Vampire: The Masquerade – Bloodlines lub w któreś RPG ze Świata Mroku?

Na koniec powrócę do „piosenki wpisu”, choć tym razem podlinkuję Wam od razu cały soundtrack. Muzyka Rika Schaffera jest niesamowita, wzbudza we mnie całą gamę emocji i za każdym razem, gdy ją słyszę (a słyszę często), powracam myślami do gry i znów wzbiera we mnie ochota, aby przejść się ulicami Los Angeles.

Moje ulubione utwory to Hollywood i Downtown. Będąc w tych lokacjach po prostu zatrzymywałam się i słuchałam muzyki. Gdy pierwszy raz trafiłam do Downtown, myślałam, że już lepiej być nie może. A potem zawitałam do Hollywood… I mogło. Jest to również ulubiony utwór samego Rika, co bardzo mocno porusza we mnie na co dzień uśpioną stronę piszczącej fanki… 🙂

Jeśli muzyka z Bloodlines Wam się podoba, okażcie Rikowi nieco miłości i zaobserwujcie go na Instagramie. Jest tam od niedawna i przyda mu się trochę fanów. 🙂

Przy okazji zajrzyjcie również do mnie, na Instagramie publikuję zajawki nowych mydeł, możecie więc dowiedzieć się z wyprzedzeniem, co Was czeka w kolejnym wpisie. Zostawcie też lajka na Facebooku, wciąż jest nas tam tylko trójka, a stolik do brydża czeka… 🙂

Do zobaczenia!

5 1 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments